„Mieć wszystko i jednocześnie nie mieć nic”
Święta Wielkanocne we wspomnieniach Pierwszych Osadników Ziemi Dolnobrzeskiej
W którym roku przyjechała Pani do Brzegu Dolnego?
18 lutego 1946 roku – dokładnie pamiętam datę, gdy przyjechałam do Polski. Miałam wtedy 18 lat.
Gdzie mieszkała Pani w Ukrainie?
W Ukrainie mieszkałam niedaleko Zaporoża. Pamiętam, że była tam gospodarka przyzakładowa, podobna do tej, która mieściła się przy Rokicie. W Ukrainie znajdowała się przy Hucie Zaporoże, która znajdowała się 12 km od tego miasta.
Z Ukrainy przybyliście do Brzegu Dolnego. Czy towarzyszyła Pani cała rodzina?
Przyjechałam tu bez taty i brata, bo on został jeszcze w wojsku. Po przyjeździe mieszkaliśmy w Kręsku, wtedy była to wioska obok Brzegu Dolnego. To był taki długi dom, który mieścił trzy niemieckie rodziny, same starsze małżeństwa – gospodarzy tego domu i dwie pary staruszków. Byli bardzo serdeczni i mili, znałam trochę niemieckiego, więc dogadywaliśmy się.
Pamiętam, gdy sąsiedzi zaprosili mnie do mieszkania na zbożową kawę z kozim mlekiem i chleb ze smalcem. To była uczta! Szczególnie wspominam jednego staruszka, który był bardzo pozytywnie nastawiony na nas, na Polaków.
Byłyśmy w tym domu w piątkę – 4 siostry i mama. Wszystkie spałyśmy na jednym łóżku.
Brat pragnął nas odnaleźć, więc napisał na Kresy, poznał nasz adres i przyjechał do Kręska. Wspominam, gdy rano, jeszcze w mundurze, wszedł na piętro i zobaczył nas po raz pierwszy po latach, spytał „która to która?”. Nie poznawał nas.
Jak wyglądały Pani pierwsze Święta Wielkanocne w Brzegu Dolnym?
W święta Niemcy dali nam kilka ziemniaków, bo prowadzili przydomowy ogródek. Dostaliśmy pomoc z Rady Miejskiej – niewielkie kwoty na osobę. Przyjechaliśmy bez niczego i trzeba było jakoś zacząć żyć. Kupiliśmy chleb, kilka jaj, nie wiem, czy było wtedy masło, może smalec? Święta były bardzo ubogie, podzieliliśmy się jajkiem, trochę popłakaliśmy, bo mieliśmy wszystko i jednocześnie nie mieliśmy nic.
Czy zmieniły się jakoś tradycje na przestrzeni tych wszystkich lat?
To jest dzień i noc. Na stole zawsze był żurek z jajkami. Nie było niezwykłych potraw. Na święcenie potraw chodziliśmy do klasztoru na Aleje Jerozolimskie. Dla dzieci największą zabawą było zdecydowanie malowanie pisanek. Do dziś mam zaschnięte pisanki, które własnoręcznie malowała moja mama.
Pamiętamy kilka sposobów na przygotowanie pisanek. Do patyczka przyczepiona była szpilka i gorącym woskiem robiło się na jajkach wzorek, który pojawiał się po ugotowaniu. Czasem wzory skrobało się na skorupce igłą. Były też kraszanki, czyli jajka gotowane w cebuliniu. Zdarzało się gotować pisanki w farbie, ale one były tylko dekoracją, nie jedliśmy ich, ponieważ były niezdrowe. Służyły do dekoracji stołu.
A palmy?
Nie robiliśmy takich sztucznych palm jak teraz, wtedy zbierałyśmy bazie i bukszpan, które wiązaliśmy ze sobą wstążką, ozdabialiśmy kokardą. I z taką palmą szło się 2 km do kościoła do rynku na jej święcenie.
Jak wspominacie lany poniedziałek?
Lany poniedziałek był niesamowity! Współcześnie odchodzi się od tego zwyczaju, a wtedy było to bardzo przyjemne święto. Po wojnie ludzie byli bardzo serdeczni w stosunku do siebie i tworzyliśmy jedną rodzinę.
Jak wspominają Panie Wielki Post?
W Kręsku był krzyż, gdzie odbywała się droga krzyżowa, tam odprawiało się również nabożeństwa majowe, pod krzyżem na stole odbywało się święcenie pokarmów, na które przyjeżdżał ksiądz.
Przed świętami sprzątaliśmy, trzepaliśmy dywany, myliśmy okna, robiliśmy pranie, zmienialiśmy pościel. To był nasz przedświąteczny obowiązek.
Dziękuję za rozmowę.
AF, KD

