„Masz ci los!”
Rozmowa z pochodzącym z Brzegu Dolnego reżyserem Mateuszem Głowackim o jego twórczości i najnowszym filmie „Masz ci los!”.
Czy może opowiedzieć nam Pan o swojej pracy? Co sprawiło, że został Pan reżyserem i scenarzystą?
Najpierw było marzenie, aby robić filmy. Samo marzenie w tym przypadku nie wystarcza. Trzeba mieć wokół siebie ludzi, którzy też chcą robić filmy. Tych poznałem w szkole filmowej w Katowicach. Bez tej szkoły marzenia wyparowałyby po kilku kolejnych latach. Scenarzystą jestem z rozpędu: w naszym kraju młodzi reżyserzy sami sobie piszą scenariusze. Bierze się to z faktu, że scenarzystów jest mało, a reżyserów względne dużo.
Skąd wziął się pomysł na komedię „Masz ci los!”?
Pojechałem w zielonogórskie, do Żar na pogrzeb mojego dziadka Klemensa Głowackiego. W kieszeniach marynarki dziadka dostrzegłem kilka pamiątek, które rodzina włożyła Mu na ostatnią drogę, m.in. pędzel oraz kupon totolotka. Dziadek grał całe życie tymi samymi numerami. Wyobraziłem sobie: co by to było, gdyby podczas zakrapianej konsolacji włączony był telewizor, z którego rodzina dowiaduje się, że dziadek wygrał szóstkę. Z tej wyobraźni zrodził się scenariusz.
Ile czasu trwały prace nad filmem?
Prace nad scenariuszem trwały rok, może półtora roku. Później pół roku przygotowań do filmu, miesiąc kręcenia i pół roku montowania i udźwiękowienia.
Jak układała się współpraca z aktorami?
Współpraca układała się wzorcowo. Najpierw odbywałem indywidualne spotkania, gdzie się poznawaliśmy i filozofowaliśmy na temat danej postaci. Później było grupowe czytanie scenariusza, podczas którego każdy mógł powiedzieć, gdzie widzi wady tekstu, jakie ma pomysły. Powiedzieliśmy sobie, że aktorzy nie będą grali komediowo, pastiszowo, tylko tak, jak w porządnym dramacie. Później próby i kręcenie. Na samym planie wiedzieliśmy już bardzo dużo: która postać jest kim, kogo lubi, a kogo nie lubi. Moim zadaniem było decydować, czy aktor ma mówić wolniej, czy szybciej, czy głośniej, czy ciszej, gdzie zrobić pauzę, a gdzie pozbyć się pauzy. Aktorzy wnosili wiele do interpretacji, ale i do zmian w dialogach.
Czy wiedział Pan kogo konkretnie chce obsadzić w danej roli?
Aktorzy są ludźmi zajętymi, nie każdy ma na zawołanie pięć tygodni wolnego. Dlatego na każdą z ról było kilka propozycji. Na szczęście wymarzeni aktorzy mieli dla nas czas. Do roli młodych były przeprowadzane castingi. Trudność obsadzania tego filmu polegała na tym, że mąż musiał fizycznie i charakterologicznie pasować do swojej żony, kuzyn do kuzynki, strażak do strażakowej, jedna rodzina do drugiej. Nie chodziło o to, aby zebrać wspaniałych aktorów, ale o to, aby ci aktorzy stanowili na ekranie rodzinę z krwi i kości.
Co jest dla Pana inspiracją w tworzeniu swoich dzieł?
Pomysły na film szły u mnie zawsze z literatury. Sfilmowałem w krótkich metrażach Szekspira, Johna Steinbecka, Tomasza Manna, Andrzeja Bursę i Marka Nowakowskiego. „Masz ci los!” wziął się z życia. Myślę jednak, że kolejne fabuły ponownie wezmą się z książek. Sam pomysł na film to jednak nie wszystko. Trzeba to wszystko wypełnić postaciami, które kombinują, dialogują czy ironizują – tu inspiracja idzie oczywiście z życia.
Jak zachęciłby Pan do obejrzenia swojego najnowszego filmu?
Dystrybutor reklamuje ten film jako komedię. Wiele osób pisało mi, że po obejrzeniu tego filmu nie jest im do śmiechu. Może chociażby dlatego, że „Masz ci los!” to film o ludziach, którzy od rana do wieczora kłamią i cierpią. O ludziach, którzy nie potrafią tworzyć pięknych, zdrowych relacji, ale o nich marzą. Którzy podskórnie są ofiarami przemocy, a odpowiedzialność za to zwalają na rodziców i dziadków, którzy przekazali im takie cechy, a nie inne. Jeśli zechcą Państwo obejrzeć taki portret społeczeństwa – zapraszam do kin.
Dziękuję za rozmowę.
mk

Na zdjęciu Aldona Jankowska grająca strażakową oraz Mateusz Głowacki. Fot. Paweł Drabik

