Marsz Śmierci do Gross-Rosen
W historii naszego miasta jest wiele ważnych dat i wydarzeń. Jest wśród nich takie, o którym nie wolno Nam zapomnieć. Trzeba o nim mówić głośno i je przypominać, bo jest związane z ogromnym cierpieniem, krzywdą i śmiercią wielu ludzi. Jest to ewakuacja więźniów z nazistowskich, faszystowskich obozów koncentracyjnych Dyhernfurth I i Dyhernfurth II do obozu macierzystego Gross-Rosen. Ze względu na skalę tragedii ludzkich więźniowie nazwali ją Marszem Śmierci.
Ewakuację zarządzono z powodu zbliżania się Armii Czerwonej, która wyzwalała Dolny Śląsk. Oba obozy koncentracyjne powstały w 1943 roku na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. W Brzegu Dolnym (dawniej zwanym Dyhernfurth) zbudowano fabrykę gazów bojowych „Anorgana”. Obozy zlokalizowano w rejonie dzisiejszej ulicy Sienkiewicza. W Obozie Dyhernfurth I, znajdującym się na terenie fabryki, więźniowie napełniali pociski artyleryjskie i bomby gazami tabun i sarin. Liczba więźniów nie przekraczała 300 osób. Więźniów pilnowało 20 SS-manów. Z kolei więźniowie obozu Dyhernfurth II byli wykorzystywani przy rozbudowie fabryki „Anorgana”. 27 października 1944 roku w obozie przebywało 3037 więźniów. W tym obozie znajdował się szpital tzw. rewir. Załogę obozu stanowiło ok. 200 SS-manów. W obozach zostali uwięzieni ludzie różnych narodowości. Byli wśród nich Polacy, Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Czesi, Jugosłowianie, Francuzi, Holendrzy, Włosi, Cyganie.
Ewakuacja obozów rozpoczęła się 24 stycznia 1945 roku. Warunki pogodowe były wówczas bardzo złe. Była zima. Na polach leżał śnieg. Temperatura sięgała -15oC. Więźniowie byli ubrani w płócienne pasiaki. Na nogach zamiast butów mieli drewniaki. Część więźniów miała nogi owinięte szmatami. Kto mógł, zabrał ze sobą dodatkowo koc. Z obu obozów wyprowadzono więźniów, którzy poruszali się o własnych siłach. Około 500 chorych pozostało na terenie obozu Dyhernfurth II. Do obozu Gross-Rosen więźniów poprowadzono przez most kolejowy na Odrze, Gąsiorów, Owieczki (dziś część Głoski), Kobylniki, Szczepanów, Środę Śląską, Ciechów, Cesarzowice, Ujazd, Drogomiłowice, Targoszyn. Kolumnę więźniów eskortowaną przez SS-manów prowadzono przede wszystkim drogami polnymi. Po drogach publicznych poruszało się wojsko i cywile uciekający do Niemiec. Do obozu macierzystego w Rogoźnicy więźniowie dotarli po dwóch dniach marszu. Z 3 tys. ewakuowanych z obozów Dyhernfurth I i II do obozu Gross-Rosen dotarło około tysiąc więźniów. SS-mani eskortujący więźniów byli bezwzględni. Ten, kto opóźniał marsz, ginął zastrzelony.
Warto oddać głos świadkom tych wydarzeń. Wspomnienia więźniów udostępniło Muzeum Gross-Rosen:
Bolesław Usarewicz – więzień obozu Dyhernfurth II – tak opisuje ewakuację:
W dniu 24 stycznia 1945 roku w godzinach wczesno-rannych wszystkich nas mogących jeszcze chodzić wypędzono w marsz ewakuacyjny do Gross-Rosen, bez wydania jedzenia. Co prawda jedzenie było przygotowane dla nas, ale kierownictwo obozu SS zaleciło wszystko wylać, a nas głodnych wypędzono na trasę marszu. Wiedzieliśmy, że będzie to marsz śmierci i każdy, kto upadnie z wyczerpania, zostanie z miejsca zastrzelony przez konwojujących SS-manów. Było wówczas bardzo mroźno, duży śnieg leżał na wszystkich drogach, a przecież my wszyscy więźniowie mieliśmy lekkie drelichy-pasiaki, które nie dawały ciepła i nie chroniły przed zimnem, nawet gdy ktoś miał płaszcz z pasiaka, to i on też nie dawał zbytniego ciepła. Obuwie też w większości mieliśmy marne i nie chroniło naszych nóg od zimna. Do tego wszystkiego prowadzono nas bocznymi drogami, nieprzetartymi, a zaśnieżonymi, co jeszcze utrudniało nasz makabryczny marsz. Głównymi drogami uciekali cywile niemieccy i wycofujące się wojsko. Noc spędziliśmy w jakiejś cukrowni. Spaliśmy tam pod gołym niebem na śniegu. Dla ogrzania się utworzyliśmy coś w rodzaju mrowiska. Skłębieni wszyscy razem staraliśmy ogrzać się wspólnie własnymi ciałami jeden drugiego.
W międzyczasie ci zbyt przygnieceni w środku po rozgrzaniu wydostawali się na zewnątrz i siadali jako pierwsi tego zgrupowania, a następnie skupiali się bliżej do środka i tak nasza masa ludzka stale była w ciągłym ruchu, oczekując świtu.
Na terenie cukrowni stał wagon załadowany wysłodkami. Niektórzy wygłodniali więźniowie rzucili się na nie i jedli je zimne, zmarznięte, nie patrząc na to, jakie mogą być tego potem skutki, a przecież nie zastanowili się, że mają puste żołądki, ale nie potrafili się powstrzymać od zjedzenia czegoś, co dawałoby przekonanie o najedzeniu się. No i nie trzeba było długo czekać na efekty tego najedzenia się, bo większość kolegów dostała biegunki. Najbardziej z tego wszystkiego utkwił mi w pamięci obraz, jak trzej Tatarzy (pracowali w komandzie przy betoniarce) po najedzeniu się tych wytłoczyn przeżywali swoją tragedię. Jeden z nich miał tak silną biegunkę, że po pewnym czasie zupełnie osłabł. Pomagali mu w marszu pozostali dwaj koledzy. Ale po jakimś czasie i oni zupełnie osłabli, bo ich męczyła biegunka. Ciągnęli go więc za sobą, ale wreszcie nie dawali rady, bo nie mieli już sił na to. Kilka razy go zostawiali, ale potem wracali po niego i znów dźwigali go lub ciągnęli parę metrów po śniegu. Płakali przy tym, że nie mieli sił ciągnąć go dalej, aż wreszcie musieli go pozostawić esesmanom do dobicia. Tę ich rozpacz do dnia dzisiejszego mam w „oczach”. Muszę zaznaczyć, że przy wymarszu nie otrzymaliśmy przecież nic do jedzenia, a przeszliśmy tyle kilometrów, a nie wiedzieliśmy ile ich jeszcze mamy przed sobą. Jedzenia nie było i kiszki skręcały się z głodu tak, że nie można się dziwić, że wielu więźniów jadło te wytłoki. Jednak ci co zjedli ich mniej, to tego tak nie odchorowali. Po przybyciu do Gross-Rosen wieczorem od razu skierowali nas do tak zwanego drugiego obozu „oświęcimskiego”.
Oto relacja innego więźnia obozu Dyhernfurth II – Mariana Rajskiego:
Nadszedł grudzień 1944 roku. Hitlerowcy pospiesznie wywozili rtęć i inne cenniejsze rzeczy z fabryki. Wstąpiła w nas nadzieja, że już, tuż nadchodzi koniec. A końca nie było. Krótko, bardzo krótko po nowym roku 1945, bardzo wcześnie, może była 3-cia lub 4-ta rano, wpadli esesmani na teren obozu. Zarządzono rolować koce, przewieszać przez ramię i szykować się do wymarszu. Nie wszyscy otrzymali zupę, bo kucharze nie zdążyli jej ugotować. Siała się panika wśród więźniów, którzy rzucili się na kuchnię po chleb; chleba nam nie wydali. Esesmani strasznie strzelali, formując szeregi, lecz popłoch nadal trwał. Dopiero jak zaczęły padać trupy, esesmani opanowali sytuację i natychmiast wymarsz. Pieszo pędzono nas do Gross-Rosen. Zdążyliśmy przejść most, przeszliśmy może 1 km, most został wysadzony w powietrze. Nas pędzono jak skazańców, bo przecież nikim innym nie byliśmy jak skazańcami na śmierć. Idąc po śniegu, głodni i zziębnięci, więźniowie co słabsi padali z wyczerpania. Widzieliśmy, jak esesmani dobijali ich kolbami karabinów; nie strzelali, bo byłoby słychać. Droga zasłana była trupami. Widzieliśmy również wojsko okopane, stanowiska maszynowych karabinów. Dzień chylił się ku zachodowi. W pewnym momencie zajechały samochody wojskowe. Zatrzymali naszą „kolumnę”; wyskoczyli z tych samochodów oficerowie i żołnierze z bagnetami na karabinach. Budził się lęk wśród więźniów. Nie znaliśmy zamiarów wojska. W pewnej chwili pada rozkaz jednego z oficerów: „Wszyscy esesmani zbiórka!”. Żołnierze mieli broń w pogotowiu. Oficer krzyczał donośnym głosem: „jeżeli zobaczymy jeszcze jednego trupa z więźniów, to pójdziecie na front, a ludzi bezbronnych rozpuścimy. Patrzcie tam są już Rosjanie. To, co wy tu robicie, będzie zaliczone na nasze konto. Brać podwody i chorych ludzi wieźć wozami”. Po niedługim czasie pojawiły się sanie zbite z desek, na które wrzucano więźniów słabych, a inni musieli te sanie ciągnąć. Esesmani wyszukiwali w szeregach co silniejszych więźniów do ciągnięcia tych sań, ale i oni słabli. Nastał wieczór, godziny określić nie mogę, bo i skąd. Zapędzono nas na dziedziniec jakiejś cukrowni. Nakazano położyć się na śniegu. Więźniowie zakradli się do hal cukrowni po wysłodki buraczane, które wsypywaliśmy w kalesony, by nikt nie znalazł. Jeden z esesmanów, starszy wiekiem, przyniósł menażki, kazał więźniom nabrać syropu i sam odszedł. Inni esesmani krzyczeli: „wszyscy położyć się i spać!”. Śnieg topniał pod naszymi plecami i siedzeniami: potem woda zamarzła i kiedy rano wstawaliśmy w pośpiechu esesmani bili kijami tak, że niejeden część płaszcza pozostawił przymarznięty do ziemi. Niektórzy więźniowie gubili te wysłodki, esesmani to zauważyli, bili przy tym bezlitośnie. A ci, co byli na tych saniach, zamarzli na śmierć. Na saniach było miejsce na następne ofiary, jakie padały po drodze. Ofiary grzebano po drodze. W czasie dalszej wędrówki szliśmy przez jakąś większą wieś. Pamiętam – skręcaliśmy w prawo; po lewej stronie stał kościół; kolumna więźniów była długa. W pewnej chwili wyszła Niemka z piekarni, trzymając koszyk małych bułek, podbiegła szybko, rozsypując te bułki wśród nas. Więźniowie rzucili się, by je zbierać. Zauważył to esesman; kolbą karabinu zadał cios kobiecie w piersi; z ust jej popłynęła krew. Kobieta padła na ziemię. Co się dalej działo, nie wiem, bo esesmani strasznie nas bili, pędząc ku przodowi, lżąc nam i kopali nas jak psów. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do Gross-Rosen, który w tym czasie był w rozbudowie; przybyło dużo nowych baraków na stokach gór. Dopiero jak wchodziliśmy do obozu zobaczyliśmy zrzuconych więźniów z sań, którzy w konwulsjach opuszczali ten świat. Oni już byli wolni.
cdn.
Opracował Artur Michałek

