„Brzeg Dolny – gmina z ciekawą historią”. Marsz Śmierci do Gross-Rosen – ciąg dalszy
W historii naszego miasta jest wiele ważnych dat i wydarzeń. Jest wśród nich takie, o którym nie wolno Nam zapomnieć. Trzeba o nim mówić głośno i je przypominać, bo jest związane z ogromnym cierpieniem, krzywdą i śmiercią wielu ludzi. Jest to ewakuacja więźniów z nazistowskich, faszystowskich obozów koncentracyjnych Dyhernfurth I i Dyhernfurth II do obozu macierzystego Gross-Rosen. Ze względu na skalę tragedii ludzkich więźniowie nazwali ją Marszem Śmierci.
Ewakuacją objęto więźniów chorych, przebywających w szpitalu (rewirze) na terenie obozu Dyhernfurth II. Warunki obozowe były fatalne. Ubogie wyżywienie, ciężka praca fizyczna, bicie przez esesmanów i więźniów funkcyjnych wpływało na dużą śmiertelność więźniów. Tygodniowo umierało ok. 20-30 osób. Opieka medyczna była skromna i niewystarczająca. Brakowało środków medycznych. Chorych umieszczano w dwóch salach na parterze jednego z murowanych baraków. W skład rewiru wchodziła izba przyjęć, niewielki magazyn oraz pomieszczenie przeznaczone do mycia, które pełniło również funkcję kostnicy.
Na początku istnienia obozu w rewirze przebywało ok. 60 chorych. Później rewir powiększono o kolejny barak murowany. Wraz ze wzrostem liczby więźniów osadzanych w obozie wzrastała liczba chorych w rewirze. Chorymi opiekowało się dwóch lekarzy, dwóch dentystów i dziewięciu sanitariuszy. W dniu ewakuacji obozu w rewirze przebywało do 600 chorych. Chorych zdolnych do marszu wyprowadzono z obozu w asyście strażników. Więźniów ciężko chorych i wycieńczonych załadowano na auta ciężarowe i wywieziono do mostu kolejowego na Odrze. Tam większość rozstrzelano, a ich ciała wrzucono do rzeki.
Jak wspomina więzień – lekarz obozowy Kazimierz Hałgas: „[…] Przy moście zastrzelono także więźnia Żyda i jego 13-,14-letniego syna. Ten ostatni rzucił się do nóg oprawcy i całował go po butach, prosząc by oszczędził ojca. Rapportführer Jirzak przydeptał brzuszek małego i zastrzelił najpierw syna, a potem ojca. Nazywali się Birnbaum i pochodzili z Sosnowca…”. Chorych, którym udało się dojść do Środy Śląskiej, umieszczono na noc w rzeźni. Z rozkazu Kreisleitera Ernsta Dickmanna rozstrzelano tam 93 więźniów. Marsz do obozu macierzystego Gross-Rosen kontynuowano od rana następnego dnia. Więźniów wycieńczonych, pozostających w tyle kolumny i opóźniających marsz bezwzględnie zabijano. Ich zwłoki pozostawiano w przydrożnych rowach. Do obozu Gross-Rosen więźniowie dotarli po dwóch dniach marszu. Nie był to koniec ich gehenny. Obóz macierzysty Gross-Rosen był w krótkim czasie również ewakuowany. To osobna historia, warta przypomnienia przy okazji kolejnej rocznicy upamiętniającej więźniów obozów Dyhernfurth I i Dyhernfurth II.
Ewakuację chorych ze szpitala obozowego opisali więźniowie:
Franciszek Abramowicz – więzień obozu Dyhernfurth II:
„Więźniowie opuszczają obóz bez śniadania, mimo że było przygotowane przez kuchnię obozową, przy 20 stopniowym mrozie w długą drogę do Gross-Rosen. Dla wielu setek z nich będzie to droga ostatnia. Najbardziej godni litości to ciężko chorzy więźniowie z rewiru w liczbie około 600, dla których zabrakło ubrań i butów. Przewozi się ich w pośpiechu samochodami przez most kolejowy na drugą stronę Odry. Chorzy okryci są tylko kocami, a nogi owinięte szmatami, jeśli ktoś potrafił je zdobyć. Większość chorych, którzy nie potrafią poruszać się o własnych siłach, likwiduje się na moście, zrzucając ciała do Odry lub tuż za mostem. Z kolumny marszowej, która wyruszyła wcześniej, też co chwila odpadają słabsi. Świadczą o tym rozlegające się strzały z tyłu kolumny marszowej i leżące w rowach ciała. Szedłem zresztą cały czas na końcu, wszystko to widziałem i boleśnie przeżyłem. Ponadto musiałem razem z innymi kolegami ciągnąć sanie z SS-mańskim oporządzeniem, co nas bardzo osłabiało i wykańczało. Pamiętam mijane wioski Owieczki, Głoska, Kobylniki, Szczepanów, Środa Śląska. Tutaj spędziliśmy noc w starej cukrowni pod gołym niebem przy trzaskającym mrozie. Rankiem wyruszyliśmy głodni i nieludzko zmarznięci w dalszą drogę. Do Gross-Rosen tylko ok. 50 km przez Ciechów, Cesarzowice, Ujazd doszliśmy wreszcie rano. Następnego dnia dotarła grupa 25 więźniów jako pozostałości po całym stanie rewiru liczącego ponad 600 chorych. Połowę z nich stanowili sanitariusze i służba sanitarna posiadająca buty i ubrania. Widok tych nędzarzy przekraczających bramę obozu był przerażający – pędzel Grottgera nie potrafiłby chyba tego oddać. Wiem natomiast, że ok. 100-120 chorych łącznie ze służbą sanitarną doszło jednak do Środy Śląskiej, by tu na podwórzu rzeźni ulec całkowitej prawie zagładzie. Pozostawieni przez SS i przekazani Volksturmowi byli tam rozstrzeliwani po ośmiu jednorazowo. Od całkowitej likwidacji uchronił ich zwabiony strzałami oficer Wehrmachtu. Dzisiaj obok miejsca kaźni stoi tam pomnik ku czci pomordowanych”.
Zygmunt Fischel – więzień-dentysta, jeden z niewielu ocalałych podczas ewakuacji szpitala obozowego:
„W filii Dyhernfurth II pozostało ok. 600 chorych. Na krótko przedtem zdrowi więźniowie zostali przeniesieni, mianowicie obóz był już ewakuowany do obozu macierzystego Gross-Rosen. Wiem, że zdrowi więźniowie dotarli do obozu głównego.
Wśród pozostawionych chorych więźniów przeważali zwłaszcza Polacy, było tam jednak także kilku Żydów i Niemców… Początkowo istniał pomysł, że chorzy więźniowie nie powinni być ewakuowani. W ostatniej chwili przyszedł wtedy rozkaz, że cały obóz ma być opuszczony, nawet ciała zmarłych nie mogły zostać. Prowadzenie tego pochodu ewakuacyjnego chorych więźniów zostało powierzone młodemu Rapportführerowi. Chorzy leżeli na łóżku bez ubrania, a przykryci byli tylko kocami. Tacy nadzy zostali ewakuowani, praktycznie byli ubrani tylko w koce. Aczkolwiek leżał jeszcze śnieg, musieli oni iść bez butów. Do mostu na Odrze dowieziono ciężarówką ok. 600 chorych więźniów. Obóz opuściłem praktycznie jako ostatni więzień wraz z Rapportführerem i myślę, że żaden więzień nawet martwy w obozie nie został.
Jest nadto faktem, że przy moście na Odrze wszystkich zmarłych wyładowano. Most na Odrze był przygotowany do wysadzenia, także te samochody ciężarowe z tego mostu już nie mogły skorzystać. Więźniowie musieli przekroczyć pieszo most, a także zabrać ze sobą ciała zmarłych. Na drugim brzegu Odry czekaliśmy jeszcze ok. 1 godziny, ponieważ Rapportführer przypuszczał, że przyjadą ciężarówki, które przejęłyby dalszy transport. Spodziewano się tych pojazdów z obozu głównego. Około pory obiadowej, dokładnie nie mogę sobie przypomnieć, pomaszerowaliśmy pieszo w kierunku Środy Śląskiej. Wraz z Rapportführerem szedłem na końcu kolumny. Za nami ciągnęło się jeszcze kilku więźniów, którzy jeszcze czuli się silni. Młody Rapportführer był uzbrojony w karabin i rewolwer, względnie pistolet. To musiał być karabin, ponieważ on po każdym strzale na nowo musiał go ładować.
Pozostający w tyle więźniowie byli natychmiast rozstrzeliwani przez Rapportführera osobiście, kiedy on do nich doszedł. Zastrzelonych więźniów współtowarzysze, także ja, musieli wrzucać na bok do rowów i zagrzebać pod śniegiem. Rozstrzelanie chorych i zostających w tyle więźniów następowało, ponieważ żaden żyjący więzień nie powinien był wpadać w ręce nieprzyjaciela. Zwłoki, które z obozu zostały zabrane, zostały z tej strony Odry. Uważano powszechnie, że Rosjanie Odry nie przekroczą. Rapportführer rozstrzeliwał więźniów na zachodnim brzegu Odry, bo chorzy nie dość szybko posuwali się naprzód i on obawiał się, że Rosjanie mogą szybciej dotrzeć nad Odrę. Jestem dlatego właśnie nieco dokładniej poinformowany, ponieważ Rapportführer po drodze stale ze mną rozmawiał. Jestem mocno przekonany, że rozstrzelanie chorych i pozostających w tyle więźniów miało swoje źródło w pozostawieniu tego problemu jego osobistej decyzji. Mogę tak twierdzić, ponieważ w jakiejś miejscowości pod Środą Śląską zorganizował on z pewnymi trudnościami podwodę, wozy z końmi. On spytał wtedy, kto z więźniów już nie może iść, prawie wszyscy się zameldowali. 50 do 60 więźniów wsiadło na wozy. Tak wielka grupa osób znalazła tam miejsce, ponieważ więźniowie leżeli wkoło a ich nogi zwisały na zewnątrz. Te wozy były zaprzęgnięte w konie. Gdy opuściliśmy wieś, zjechał on z wozami do lasku, gdzie znalazł kotlinę. Właścicieli wozów odesłał przedtem do domu. Nakazując mi ich konwojować. Mogę stwierdzić, że byłem, o ile mi wiadomo, jedynym zdrowym więźniem, który nosił swój więźniarski ubiór (pasiak). Dlatego moja ucieczka byłaby niemożliwa. W tym lasku rozkazał on, aby więźniowie zeszli z wozów i siedli na ziemi. Dalej rozkazał, żeby zarzucili koce na głowę. Tych 50 do 60 więźniów usiadło jak popadnie w tej kotlinie. Rapportführer szedł wtedy od więźnia do więźnia i strzelał do nich. Mam jeszcze wyraźnie przed oczami, że używał on zarówno karabinku, jak i innej broni palnej. Zastrzeleni przez Rapportführera w kotlinie więźniowie byli zupełnie apatyczni i nie stawiali oporu... Przypomniało mi się, że w grupie więźniów, w kotlinie znajdował się jeden, który przed grożącym rozstrzelaniem oświadczył Rapportführerowi, że on mógłby jeszcze iść i szedłby dalej. Rapportführer darował mu życie. Przyszliśmy wtedy do Środy Śląskiej mianowicie w ten sposób, który już opisałem, tzn. Rapportführer rozstrzeliwał na bieżąco więźniów niezdolnych do chodzenia. Ogólną liczbę zastrzelonych przez Rapportführera więźniów oceniam na około 350 osób”.
Opracował: Artur Michałek
Na zdjęciu grafika upamiętniająca Marsz Śmierci

