„Wprowadziłam w Polsce modę na komplementy”. Rozmowa z Kayah
Przed finałowym koncertem Dni Brzegu Dolnego zapytaliśmy Kayah o jej drogę do muzycznej kariery, współpracę z innymi artystami oraz pracę nad nowym albumem. Zapraszamy do lektury krótkiego wywiadu.
Kiedy pani poczuła, że śpiewanie jest tym, co chce pani robić w życiu?
Jak miałam cztery lata.
Ale poza muzyką miała też pani inne zainteresowania, np. ćwiczyła pani judo.
Chodziłam do szkoły sportowej, ale wcale się tym nie interesowałam (śmiech). Jako pianistka musiałam dbać o nadgarstki i zrezygnować z tenisa, który w programie szkoły był przewidziany dla dziewczynek. I tak trafiłam na zdjęcia judo, podczas których musiałam się nawalać z chłopakami, co w tamtym czasie było dla mnie bardzo wstydliwe.
Dopięła pani swego, nawet z nawiązką. Jak się zostaje gwiazdą?
Ja nigdy nie chciałam być gwiazdą. Po prostu chciałam robić muzykę, która była dla mnie sensem istnienia. Wydawało mi się, że w żaden inny sposób nie będę umiała się wyrazić. Potem w moim życiu pojawiły się też poezja i pisanie. I zrozumiałam, że - jak to się mówi w szkole - nadaję się bardziej do klasy humanistycznej niż np. do judockiej.
Współpracowała pani z wieloma artystami, reprezentującymi najróżniejsze gatunki muzyczne.
Rzeczywiście, miałam to ogromne szczęście.
Wszyscy na pamięć znają słowa piosenek z płyty nagranej wspólnie z Goranem Bregoviciem…
Wszyscy poza mną (śmiech).
Ja szczególnie chętnie wracam do utworu Embarcacao, zaśpiewanego przez panią wspólnie z Cesarią Evorą. Która muzyczna kooperacja dała pani najwięcej?
Życiowo oczywiście ta z Goranem, bo pozwoliła mi dotrzeć do ludzi, którzy pewnie nigdy by się nie pochylili nad moją fascynacją muzyką czarną czy elektroniczną. Życiowo i tak w pamięci ludzkiej, bo okazuje się, że płyta „Kayah i Bregović” naprawdę łączy pokolenia, łącznie z tym, którego jeszcze nie było na świecie, gdy ją wydawaliśmy. Ale każde spotkanie z innym artystą jest dla mnie bardzo ważne. I nie chodzi tylko o współpracę. Jest fantastycznie, gdy za kulisami udaje mi się spotkać z kimś czyjej muzyki słucham. To przecudowne uczucie móc komuś powiedzieć, że się go podziwia, że cię inspiruje, a jest od ciebie na przykład dużo młodszy.
Takie słowa zawsze są miłe.
W ogóle uważam, że wprowadziłam w Polsce modę na komplementy. Gdy zaczynałam swoją muzyczną karierę między artystami było dużo antagonizmów, co wprowadzało trochę sztuczne i niepotrzebne podziały. Jak jechałam na jakiś festiwal i wiedziałam, że będę musiała się mijać z innymi artystami to bolał mnie brzuch. Pomyślałam sobie - nie, musisz to zmienić! I tak jak w tekście jednej z moich piosenek „zmieniamy ten świat, wspierając się tak”, zaczęłam po prostu być dla wszystkich bardzo miła i prawić komplementy, nawet jak czasem coś było nie tak. Przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - miewamy gorsze chwile, bywamy chorzy, czy mamy kłopoty w życiu osobistym. Udało mi się tę modę wprowadzić i proszę mi wierzyć, że w tej chwili za kulisami festiwali jest bardzo miło. Niestety gorzej to wygląda po festiwalach, szczególnie w sieci, gdzie wielu ludzi wylewa swe frustracje i leczy kompleksy. Tego nawet nie można nawet nazwać krytyką.
Pani płyty zawsze wnosiły do muzycznego świata coś nowego i ciekawego. Kiedy usłyszymy kolejny studyjny materiał Kayah?
Obecnie ogranicza mnie decyzja o odejściu z wytwórni płytowej, którą sama stworzyłam (Kayax - red.). Straciłam do niej serce i przede wszystkim zaufanie, więc z nową płytą muszę poczekać do czasu aż ureguluję wszystkie związane z tym sprawy. Ale ona powstaje, choć nie tak jak kiedyś, gdy byłam młodą, wolną od innych obowiązków dziewczyną. Teraz pochłania mnie również szereg innych spraw. Zajmuję się mamą, z którą mieszkam i opiekuję się swoimi zwierzętami. Poza tym mam 56 lat, a wiek ma to do siebie, że im się jest starszym, tym dłużej się zastanawiamy jak nazwać pewne emocje, czy warto je nazywać i czy w ogóle warto je czuć.
Dziękuję za rozmowę.
Wojciech Medyński
